środa, 30 listopada 2016

Tak samo.

Nabrała powietrza w płuca,
gdy tylko poczuła jego
dotyk na swoim ciele..

Jeden głęboki wdech,
gdy dłonią sunął
wzdłuż jej kręgosłupa,
zatrzymując się na karku
i owijając sobie jej włosy
wokół nadgarstka..

Wydech, gdy
lekko szarpiąc w tył
jej głowę, czule
ustami smakował
jej szyję..

Ciche jęknięcie,
gdy wbił zęby
w cienką pulsującą
skórę...

Zaparty dech w piersiach,
gdy okręcając ją
o 180 stopni wbił
się wargami w jej...

Zawsze tak samo,
ginęła w objęciach
jego miłości.

wtorek, 22 listopada 2016

Nigdy nie gasna.

Pełzały z jednego zakamarka do drugiego.
Osiadały najgłębiej, 
tam gdzie ciemność największa spowija umysł człowieka. 
Wiły się niczym kobry czekając, 
aż jakiś bodziec popchnie mnie do działania. 
Były wszędzie, nigdy nie mogłem się ich pozbyć. 
Tam z tyły głowy zakorzenione szeptały do mnie na przemian. 
Było ich multum, a gdy pragnęły krwi krzyczały i wrzeszczały. 
Wybuchały bez ostrzeżenia, jak fajerwerki na sylwestra. 
Łaknęły tej czerwonej, gęstawej cieczy,
łaknęły moich splamionych rąk.
Buntowałem się, 
a one były co raz intensywniejsze i głośniejsze. 
Rozsadzały mi czaszkę, 
świdrowały moje myśli nadając im inny, przeklęty tor. 
Obumierałem z bólu, leżąc na zimnej posadzce, 
zdarzało mi się płakać, 
a one się śmiały, mówiąc, 
że wiem co mogę zrobić, by je zadowolić, 
by znów zmieniły się w nic nieznaczące szepty.
Przegrywałem za każdym razem, 

ale w momencie gdy zabiłem po raz 
kolejny głosy w mojej głowie cichły.
A ja sam, samotny zostawałem, błagając, 

by nie wróciły.

Wracały.

piątek, 18 listopada 2016

Antykwariat,

Przejechałam dłonią po starym, 
dębowym biurku – 
pięknie prezentowałoby 
się w moim nowym mieszkanku – pomyślałam.
Przychodziłam do tego miejsca za każdym razem,

gdy dopadała mnie depresja.
Oglądałam wszystko po kolei, 

poznawałam historie każdego przedmiotu, 
tak jakbym uczestniczyła w danej sytuacji, 
jakbym dotykała tych ludzi, 
obcowała z nimi.
W jednej chwili przenosiłam się do innego świata, 

świata w którym nie było marazmu i szarości.
Były antyki, 

czułam ich zapach, 
znałam na pamięć każde minimalne uszkodzenie, 
zagięcie.
Czułam się częścią czegoś większego, 

czegoś co ma znaczenie.
Dzisiaj pod palcami czułam 

to dębowe biurko, zadbane, idealne. 
Wyobrażam sobie na nim lśniącą maszynę do pisania, 
wazonik ze świeżo ściętymi kwiatami,
notatki zapisane koślawym pismem.
Właśnie podchodzi do niego starsza pani, 

stawia gorący kubek z herbatą obok maszyny. 
Siada przy nim, 
a jej długie palce zaczynają tworzyć coś pięknego. 
Stuk, stuk, stuk – słyszę w swojej głowie, 
a na ustach maluje mi się uśmiech. 
Wracam do rzeczywistości, 
która nie jest już taka szara, 
proszę pana, który tu pracuje
o dostarczenie tego biurka pod wskazany adres.  
Wychodzę wciąż czując zapach dębiny i słysząc dźwięk maszyny.
Antykwariat – dom pełen magii.

czwartek, 17 listopada 2016

Niech.

Dotykaj i pieść...
Całuj i gryź..

Zawładnij nią,
jej myślami,
jej ciałem...

Okiełznaj ją
przywiązując nadgarstki
do poręczy łóżka...

Obezwładnij
wszystkie zakończenia
nerwowe,
wplatając cząstkę
siebie.

Zaspokajaj
ją raz za razem
swoim spojrzeniem..

Wypełnij jej duszę
słodkimi, odzianymi
w erotyzm słowami..

Niech na sam koniec
będzie na granicy,
niech błaga,
niech krzyczy...

Niech jej echo
wiedzie Twoje imię..

środa, 16 listopada 2016

Nefretete.

Zdjęła okulary i przetarła zmęczoną twarz. Od kilkudziesięciu godzin siedziała nad aktami. Zebrała swój tyłek z krzesła i usłyszała jak jej kości wydają nieartykułowane dźwięki. Brawo Ive, masz dopiero trzydziestkę na karku, a już czujesz się jak staruszka. Porozciągała się trochę i udała po... Który to już kubek kawy? Sama nie wiedziała, gdy wstawiała wodę cały czas przed oczami miała miejsce zbrodni. Dębowe biurko oblane krwią, siwe włosy posklejane czerwonym płynem, tępy, pozbawiony blasku wzrok. Podłączyła gaz, oparła się o blat, znowu wizja. Brak śladów włamania, ofiara nie broniła się, sejf otwarty na oścież. Gwizd przywrócił ją do rzeczywistości, zalała wrzący napar i ponownie udała się do biurka. Zanurzyła swoje karminowe usta w kubku i czuła jak gorąca fala kofeiny przelewa się przez jej przełyk. Rozpostarła nogi pod biurkiem, zamknęła oczy i przeniosła się ponownie na miejsce zbrodni. Widziała ekipę techników oznaczających teren, siebie przesłuchującą pokojówkę - czyste marnotrawstwo, nic nie widziała, nic nie słyszała. Ofiara musiała znać napastnika, zapewne również sama otworzyła sejf, co skłoniło tego kogoś do morderstwa? I w jakim celu? Pieniądze? Biżuteria? Dzieło sztuki? Te i inne pytania kołatały się w głowie Ive, gdy rozdzwonił się telefon. Otworzyła oczy, złapała za słuchawkę i wypowiedziała jednym tchem:
- Sierżant Ive Trevorski, słucham?
- Już wiesz co zginęło z sejfu?
- Kto mówi?
- Podpowiem Ci, każdy bogacz to ma i niejednego jeszcze zabije, strzeż się, bo ze mną nie wygrasz.
Połączenie zostało przerwane, a Ive z niedowierzaniem przyglądała się słuchawce. Złapała szybkim ruchem kurtkę, wsiadła do auta i pojechała do biura. Po piętnastu minutach była już na komisariacie, a po dosłownie dwóch siedziała naprzeciwko swojego szefa i zdawała mu relację.
– Domyślasz się co mogło być w tej skrytce?
– Sądzę, że albo coś naprawdę cennego, albo wstydliwego dla naszego zabójcy. Musimy namierzyć wszystkich najbogatszych staruszków, zdobyć nakaz i zobaczyć co kryją w zakamarkach swoich domów.
– Wiesz, że to nie będzie takie łatwe?
– Jeśli nie chcesz mieć kolejnych zwłok, załatw mi to.
Powiedziawszy to Ive udała się do swojego wydziału, wydała kilka poleceń i sama usiadła do komputera, by przejrzeć listę najbogatszych staruszków. Po godzinie miała listę dziesięciu bogaczy, złapała kurtkę i pojechała pod pierwszy adres. Po dwudziestu pięciu minutach była już pod mosiężną bramą, a czekając aż się otworzy lustrowała wielki, antyczny dom. Po chwili parkowała już przed owym domostwem. Nie zdążyła zapukać, a drzwi już się otworzyły. Jej oczom ukazał się średniej wielkości młody mężczyzna.
- Pan Mcnight czeka na panią w bibliotece, proszę za mną. Posłusznie udała się za nieznajomym, przyglądając się mijanym antykom. Zupełnie jak w muzeum, pomyślała. Gdy byli już w bibliotece poczuła się niezwykle mała, całe wnętrze wypełnione było wszelakimi książkami, a pomieszczenie pachniało starością. Z daleka dostrzegła krępego mężczyznę, który pochłonięty był jakąś lekturą, już chciała się odezwać, gdy usłyszała : - Witam, czym sobie zasłużyłem na wizytę tak pięknej i urodziwej kobiety? – podniósł głowę, a Ive ujrzała jego kocie oczy, w młodości musiał mieć niebywałe powodzenie.
- Dzień dobry, sierżant Ive Trevorski się kłania, mam do pana parę pytań.
-Policja w moim domu? A to nowość ! Proszę usiąść, kawy, herbaty?
- Nie dziękuje, wolałbym przejść do sedna sprawy.
- No dobrze, słucham w takim razie.
- Zapewne wie pan, że trzy dni temu został zamordowany pan Letio, otóż jego mieszkanie nie zostało splądrowane, chociaż mogłoby zważywszy, że był on zamożnym człowiekiem. Zginęła tylko jedna rzecz, którą zabrano z sejfu, a dzisiaj rano dostałam anonimowy telefon od mordercy, że nie spocznie on dopóki nie zdobędzie tego, czego tak pragnie. I teraz nasuwa się moje pytanie czy wie pan co było w skrytce?
- Proszę natychmiast opuścić moje mieszkanie. Niespodziewana reakcja wstrząsnęła lekko Ive.
- Czy coś się stało? Rozumiem, że śmierć pana Letio...
- Nie słyszała pani? Proszę natychmiast opuścić ten budynek ! – wykrzyczał Mcnight.
I
ve niesiona swoim doświadczeniem i niezawodnym instynktem , wiedziała, że Mcnight coś ukrywa, postanowiła kuć żelazo póki gorące.
- Proszę udostępnić mi zawartość swojego sejfu, natychmiast.
- Czy pani oszalała? Proszę stąd wyjść, albo każe panią wyprowadzić siłą.
- Jeżeli nie chce pan skończyć w kałuży krwi, proszę natychmiast pokazać mi zawartość skrytki – prawie wykrzyczała, wiedząc, że każdy boi się śmierci. Mcnight usiadł zrezygnowany i przeczesał przerzedzone włosy, pooraną zmarszczkami dłonią.
- Dobrze, proszę podejść. Ive zbliżyła się i czekała. Obserwowała jak staruszek wbija znany tylko jemu kod i otwiera drzwiczki. Wyjął na swoje sosnowe biurko dość sporych rozmiarów pakunek. Odwinął go i wtedy Ive zaparło dech w piersiach. Jej oczom ukazał się akt kobiety namalowany z niezwykłym kunsztem.
- Piękna, co to za kobieta?- spytała zafascynowana Ive.
- To grecka muza Klio, Marc, to znaczy Marc Letio był w posiadaniu Erato, muzy poezji miłosnej.
- Ile jest tych obrazów?
- 9, tyle ile było muz.
-Będzie pan musiał mi podać wszystkie nazwiska, od razu wyślę tam swoich ludzi, wie pan kto mógł to zrobić? Mcnight nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ telefon Ive się rozdzwonił, odebrała niesiona złym przeczuciem. - Nawijaj.
-Mamy kolejne morderstwo, ten sam schemat. Zaklęła w głowie, rozłączyła się i spojrzała na staruszka.
-Znowu to zrobiła.
-Nie rozumiem?- odpowiedziała zbita z tropu Ive.
-Znowu zabiła, Nefretete.
- O kim pan do diabła mówi?
-To kobieta, taki miała pseudonim Nefretete. Pięć lat temu wraz z moimi kolegami byliśmy na zjeździe historycznym, następnie udaliśmy się do dość egzotycznego miejsca, tam ją poznaliśmy.
-W klubie nocnym?
-Taa..k – odpowiedział zmieszany. – Chyba nam też należy się coś od życia. Była tajemnicza, wygimnastykowana, opowiedziała mi o obrazach, o tym że pewnego dnia uwolni się z tego miejsca dzięki nim, poprosiłem by mi je pokazała, sama pani widzi są piękne.
-Okradliście ją..- Ive dodała dwa do dwóch.
-Nie, dała mi je na przechowanie, żebym obeznał się i powiedział ile są warte, była zwykłą dziwką, to jest jej życiem nie zrobiłaby nic pożytecznego z tymi obrazami, chciała je sprzedać, rozumie pani, nie mogłem jej na to pozwolić. Wyczerpany usiadł, a na jego twarzy odbite były wszystkie lata życia.
-Błagam, proszę mnie ochronić, zrobię wszystko.. Ive spakowała obraz i zabrała Mcnighta na komisariat, opowiedziała wszystko przełożonym, ale cała ta sprawa nie dawała jej spokoju. Zebrała pozostałe siedem obrazów i pojechała do klubu o którym mówił Mcnight. Próbowała z kimś porozmawiać, dowiedzieć się o niejakiej Nefretete, niestety na próżno. Późnym wieczorem dostała kolejny telefon, wiedziała kto dzwoni.
-Jeszcze się spotkamy Ive. – powiedział stłumiony głos.

niedziela, 13 listopada 2016

Serce.

Myślała, że może od niego odejść, że tak po prostu może spakować swoje rzeczy i zniknąć z jego życia. Była jego własnością. Nie miała prawa mówić mu, że odchodzi.
Po raz kolejny wpatrywał się w zawartość kasetki i odtwarzał szczegóły ich związku. Mówiła, że będzie na zawsze. Kłamała - jak wszystkie poprzednie. Tyle, że ona, jedna, jedyna była wyjątkowa.
Dopił już trzecią szklaneczkę whisky i spojrzał ponownie na zawartość w pudełku.
Uśmiechnął się na widok zakrwawionego organu, który już nie pompuje krwi - w końcu od zawsze powtarzała, że oddała mu serce, on tylko wyciągnął rękę po to co jego.

sobota, 12 listopada 2016

Czern.

Telefon zadzwonił punktualnie, nie odebrała go, wiedziała co usłyszy. Ubrała czarne skórzane spodnie, czarną bokserkę, a na swoje smukłe ramiona zarzuciła również czarną ramoneskę. Włosy związała w koński ogon i włożyła swoje ulubione długie kozaki. Zapowiadał się chłodny wieczór.
Do torby wrzuciła termos z kawą, telefon włożyła do kieszeni kurtki i zatrzasnęła za sobą drzwi. W przeciągu kilkunastu minut znalazła się na miejscu. Wyjęła lornetkę i zaczęła obserwować obiekt, nigdy nie wiedziała nic o swoich ofiarach, płacono jej syto, a ona nie zadawała pytań, taki był układ.
Rozstawiła sprzęt, miała dość czasu, więc rozsiadła się wygodnie i sączyła kawę, tak jak myślała wieczór był mroźny, a na dodatek zaczął padać śnieg. Wypadałoby coś zjeść po przyjściu do domu, to chyba była jej kolej na zrobienie kolacji. Po drodze wstąpi do nocnego i kupi coś z mrożonek, była przecież zapracowaną kobietą. On to rozumiał. Po raz kolejny spojrzała przez lornetkę, cel znalazł się w odpowiednim miejscu, uwielbiała, gdy ułatwiano jej pracę. Nachyliła się, wycelowała, obiekt upadł wokół gorzała panika. Złożyła swoją snajperkę i spakowała do futerału. Rozejrzała się, czy aby na pewno niczego nie porzuciła na dachu i zbiegła schodami. Wymknęła się niepostrzeżenie i udała do auta. W drodze powrotnej wysłała sms’a i zadowolona nuciła AC/DC.
Po dwudziestu minutach wchodziła już do swojego mieszkania, odczytując wiadomość, że na jej koncie znajduje się już 20 tys. Uśmiechnęła się, uwielbiała swoją pracę.
Otworzyła drzwi i wpadła na swojego ukochanego.
-Bruno !- wykrzyczała, stało się coś?
-Był kolejny atak, ktoś zabił senatora, muszę jechać, przepraszam kochanie – pocałował ją w policzek i wybiegł.
Wzruszyła ramionami, przynajmniej nie będzie musiała gotować.