niedziela, 15 czerwca 2014

Przynajmniej.

'Zawsze kiedy wracał, spieszyłam się mu ufać, tak szybko mnie zawodził. Lubiłam kiedy wracał. Dawał mi pozorne szczęście, jak rak, który zabija powoli. Mimo to odmawiałam leczenia. Jestem emocjonalną kaleką. Gdyby przyznawali za to stopień niepełnosprawności, przynajmniej PKS miałabym za darmo.'

sobota, 14 czerwca 2014

Wolam, chodz...

'chcę ciebie
językiem lędźwiami krtanią
bębenkami uszu
fletami palców
trzepotliwą gitarą rzęs

chcę
całym anielstwem bestialstwem całym
pokorą żebrzącą łaski
i przemocą głuchą

chcę
jak
cela więźnia na dożywocie
do kamiennej piersi
wszystkich zmysłów skowytem chcę
wołam chodź wołam bądź wołam chcę'

środa, 11 czerwca 2014

Slodka wariatka.

Ociera się o mnie jak kotka,
delikatnie i zadziornie.
Jej kształtna pupa muska moje udo,
gdy tak z lubieżnością
przeciąga się obok mnie.

Uśmiecham się widząc ją
taką śpiącą i niewinną,
nie zdającą sobie sprawy
z własnej seksowności.

Czule muskam jej gołe
ramię, sycąc się gładkością
jej skóry.
Czasem zastanawiam
się, czy ona naprawdę
istnieje,czy nic nie pokręciłem
w tej swojej chorej głowie.

Ale ona odwraca się ku mnie,
otwiera te swoje brązowe
oczy i mówi mi dzień dobry.

Ona daje mi nadzieje,
na to, że moje życie ma sens.
Słodka wariatka.

wtorek, 10 czerwca 2014

Raz po raz.


'Rozebrałem ją, co nie było zbyt czasochłonne, gdyż pod szlafrokiem nie miała na sobie niczego. Położyłem się obok niej podpierając głowę lewą ręką, prawą natomiast począłem gładzić jej skórę. Urzekła mnie aksamitna delikatność. Była niczym dzieło sztuki. Jej ciało posiadało wszelkie proporcje uniwersalnego piękna. Z każdą chwilą dłoń moja nabierała śmiałości. Pieszczoty, którymi ją obdarzałem, stawały się intensywniejsze, a ekspresja jej twarzy była dla mnie drogowskazem. Wolno, bez pośpiechu, poznawałem kolejne terytoria jej królestwa. A kiedy ukradkiem, raz po raz muskałem najwrażliwsze jego zakątki, w palącej rozkoszy przygryzała dolną wargę i wyginała pokryte gęsią skórką ciało.'

piątek, 6 czerwca 2014

Wschod slonca.

Otulona cienkim prześcieradłem,
siedziała na balkonie, dopijając
wczorajsze wino.
Lekki powiew wiatru rozwiewał
jej kasztanowe włosy, a ciepło
unoszące się w powietrzu
koiło jej skórę.
Czekając na wschód słońca,
myślami błądziła do drugiego pokoju.
Leżał tam, na brzuchu, do połowy
przykryty pościelą.
On.
Uśmiechnęła się.
Doskonale pamiętała kształt jego ramion,
ust, rąk..
Był wszędzie, wypełniał ją od środka
jak gorąca herbata pita porankiem.

Nie słyszała jak podszedł, odgarnął jej
włosy do tyłu i złożył pocałunek na karku.
Dreszcze przeszły jej ciało mimo duchoty,
przytulił ją, i wyszeptał słodkie
powitanie wprost do jej ucha.

Wschód słońca.